Udało się. Ruszyliśmy. Z małym opóźnieniem, zmęczeni dwudniową wyprowadzką, ale ruszyliśmy. W czwartek rano ostatecznie pożegnaliśmy mieszkanie na Mokotowie, spakowaliśmy trabanta, pozostało jeszcze śniadanie na Krakowskim i mogliśmy wyjeżdżać w Warszawy. Rodziny chyba zaczęły już powoli wybaczać nam naszą decyzję, choć niektórzy wciąż nie wierzą, że wytrzymamy więcej niż kilka tygodni. My w każdym razie nie mamy zamiaru przynajmniej przez najbliższy rok nigdzie się przeprowadzać. Przerobiliśmy to pięć razy w ciągu ostatnich trzech lat, za pierwszym razem wystarczył wózek po cichu pożyczony z supermarketu Dia, tym razem, pomimo że pozbyliśmy się niemal połowy naszych rzeczy, przeprowadzić nie dało się naraz, nawet przy pomocy sporego samochodu transportowego. Głównym problemem był fakt, że nie przenosiliśmy się do innego mieszkania, wszystko, czego z jakiś powodów nie dało się wyrzucić musieliśmy upchnąć po rodzinie i znajomych. Teraz na szczęście mamy ograniczenie w postaci rozmiaru plecaków (czterdzieści litrów w przypadku mojego, pięćdziesiąt u Petera), jak byśmy nie chcieli, chomikować nie da rady. O dziwo, w czterdziestu litrach można zmieścić wszystko, co może się przydać, łącznie ze śpiworem, matą, mini zestawem do gotowania i czterema parami butów (miały być dwie, pojęcia nie mam, skąd wzięły się dwie pozostałe, ale są, zmieściły się, więc jadą). W pięćdziesięciu można jeszcze spokojnie dorzucić namiot, netbooka i piłkę do nogi. Sprzętowi na wyjazd nie poświęciliśmy zbyt dużo uwagi, szukaliśmy go w zasadzie na ostatnią chwilę. Wszystko miało być lekkie, wygodne i niezbyt drogie. Tak naprawdę wciąż nie mamy wszystkiego. Znajdzie się po drodze.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).